Następny mecz:  Chelsea  -  Barcelona     ·  Dziś o 20:45  ·  1. mecz 1/8 finału Liga Mistrzów Canal +   ·  Kolejne mecze   ·  Terminarz

 21 grudnia 2017, 16:30

 43 komentarze

Okiem Kibica: Real, czy należy go nienawidzić?

Prezentujemy drugi z tekstów, nagrodzonych w ramach Akcji El Clásico. Zapraszamy do lektury artykułu autorstwa Użytkownika Wilk.


Razu pewnego, gdzieś w Katalonii,
Kopała szmaciankę grupa gamoni.
Postanowili klub wnet utworzyć,
Który z rzemiosła futbol miał w sztukę przetworzyć.
By klub się wdzięcznie wszystkim kojarzył,
Imieniem dzierlatki ktoś go obdarzył.
Królową piłki dziś obwołana,
Ze swej potęgi powszechnie jest znana.
Wirtuozeria, charakter jak dzwon,
To części składowych, sukcesów trzon.
Szacunkiem wielkim na globie darzona,
przedstawiam Państwu, to Barcelona.

* * *

Barcelona. Czemu akurat ona? Może lubię bocadillos de jamón w barze nieopodal stadionu? A może urąbać się do utraty pamięci w wyszynku wątpliwej reputacji, usytuowanym gdzieś w wąskich uliczkach Barcelonety? Odpowiedź jest chyba bardziej złożona niż się wydaje i na próżno starać się ją upchnąć w jedno zdanie.

Historia mojego przywiązania do Barcelony liczy przeszło dwadzieścia lat i kiedyś, niemal trzy lata temu, dzięki uprzejmości Redakcji zdarzyło mi się w tej rubryce na ten temat pisać. Powtarzać się nie zamierzam. Powiem jedynie, iż trzy lata temu liczyłem lat czterdzieści, dzisiaj czterdzieści trzy, lecz w temacie Barcelony na przestrzeni tego czasu niewiele się zmieniło. Nasz długotrwały romans trwa. Przez rzeczone trzy lata nie zmieniło się również nic w moim podejściu do matematycznych analiz. Nadal jestem typem, który słabo odnajduje się w statystykach. Nie czuję cyfr i nie wesprę swoich argumentów rzędami liczb. Dostaję łupieżu na wszystko, co z nimi związane i co matematyczną spójność próbuje wprowadzić. Będzie za to krótki traktat domorosłego filozofa i niespełnionego socjologa, który pofolgował trochę wyobraźni. Bowiem w obliczu zbliżającej się fiksacji El Clásico, tknęło mnie aby w klawiaturę ponaparzać. Wytrwałym i odważnym, chcącym brnąć dalej, gratuluję odwagi. Tym zaś z Was, którzy właśnie tekst porzucają, uznając go za bełkot niespełnionego pisarczyka, dziękuję za uwagę poświęconą dotychczas. I tak długo wytrwaliście.

* * *

Historia lubi kręcić pętle. Dziesięć lat temu  ̶  po odjęciu daje to 2007 rok, co oznacza że z moją matematyką jednak nie jest tak źle ̶ barcelońsko-madryckie starcie również rozgrywano w dzień poprzedzający wigilijny wieczór. Niestety, mimo całej magii nadchodzących świąt, Mikołaja, prezentów i innych srutu-tutu, rozstrzygnięcie jakie wówczas padło, było mało satysfakcjonujące dla zwolenników katalońskiego klubu. Zresztą grą również trudno było się zachwycać. Klub wszedł w fazę tak zwanej schyłkowej ery Rijkarda i Ronaldinho, serwując coraz większą nijakość. Wraz z najukochańszą z moich żon, udawaliśmy się wtedy na święta do Trójmiasta, do siostry. Dzwoniłem z drogi do szwagra, pytając, czy wyposażył swoje domostwo w ofertę telewizyjną Canal+, gdzie transmitowano mecz.

̶  Niech się wali, niech się pali, święta nieważne, ja ten mecz koniecznie muszę wieczorem obejrzeć. Inaczej nie zjawiamy się na Boże Narodzenie.

Mniej więcej tymi słowami nakreśliłem szwagrowi powagę sytuacji, licząc że wstrząsną chłopem do głębi. Szczęśliwie dla mnie, wstrząsnęły.

̶  Przyjeżdżajcie, piwo w lodówce, mecz wieczorem oglądamy.

Po El Clásico rozgrywanym w październiku 2014 roku, które oglądałem w środku nocy ̶ mieszkaliśmy wówczas w Azji ̶ żona przy śniadaniu zapytała mnie o wynik. Jak i we wcześniej opisanym przypadku Barcelona przegrała, zachowując nawet pewne fatalne w prezencji podobieństwo gry.

̶  To co teraz?  ̶  usłyszałem kolejne pytanie.

̶ Nic. To nie koniec świata. Już sobie zamówiłem w sklepie koszulkę Realu  ̶  odpowiedziałem z uśmiechem.

Duże oczy, wyrażające zdumienie, były najlepszą odpowiedzią. Podobnie rozdziawione otwory paszczowe bachorzej zgrai, która z rzadką u siebie konsekwencją, w tym wypadku nie odpuszcza i niezmiennie podaje się za moje dzieci. Niewiele brakowało by ostatnie kęsy śniadania utknęły im w przełyku.

̶ Jak to, tata kibicem Realu?! Przecież kibicuje Barcelonie od zawsze! Dłużej niż my żyjemy! Nie, to niemożliwe!

Żona zaś tylko wydusiła:

̶  Nie mówisz poważnie, nie? No cały szacunek bym do ciebie straciła.

Dobrze, że choć w tym punkcie jesteśmy zgodni.

To zaledwie dwa przykłady z długiej listy potyczek z Realem. Trudno pamiętać wszystkie mecze w ich ramach. Pamięć zawodzi. Nie ulega jednak wątpliwości, że starcie tych dwóch drużyn budzi ogromne emocje u sympatyków obu stron, ale i nie tylko. Opętanie w tym dniu zdaje się dotykać cały piłkarski świat.

Ale gdybym kiedykolwiek i wiedziony czymkolwiek, zapragnął udziału w teleturnieju Karola Strasburgera i tenże Karol namówiłby mnie na podanie trzech meczów El Clásico, które z różnych i zrozumiałych tylko dla mnie powodów utkwiły mi najmocniej w pamięci, moja lista wyglądałaby następująco:

• październik 2000 roku  ̶  pierwszy występ Figo na katalońskiej ziemi w koszulce Los Blancos. Kocioł panujący na trybunach, świński łeb oraz blisko pięćdziesiąt telefonów komórkowych na murawie trudno zapomnieć.

• grudzień 2008 roku  ̶  mój prezent urodzinowy i pierwsze El Clásico oglądane na żywo z pułapu trybun Camp Nou. Barça odniosła zwycięstwo 2:0 po bramkach Eto oraz Messiego, ale trudno powiedzieć bym pamiętał wiele z przebiegu samego meczu. Byłem nieprzytomny ze szczęścia, a kontakt ze mną mocno ograniczony. Zachowywałem się jak pacjent psychiatryka po udarze mózgu.

• listopad 2010 roku  ̶  numer trzy, choć w tym zestawianiu hierarchia nie obowiązuje. Mecz zakończony manitą. Manity były i z pewnością jeszcze nie raz się wydarzą. W obie strony. Jednak nigdy wcześniej, ani później nie obserwowałem tak ogromnej przepaści między poziomami gry obu drużyn. To była maestria w wykonaniu ekipy dowodzonej przez Guardiolę. Xavi i spółka postanowili nie tyle ten mecz wygrać, ile rozjechać walcem każdego zawodnika Realu z osobna, po czym go zeskrobać i rozsypać pomiędzy źdźbła murawy.

* * *

Nie ja jedyny w przywiązaniu do katalońskiego klubu powołuje się na wielkie idee, bogatą historię lub wzniosłe hasła. Wielekroć idealizowałem barceloński obraz w trakcie kibicowskich sporów. Kto by nie chciał widzieć w swoim klubie twór romantyczny, donkiszoterią zalatujący. Bohatera opowieści wyłącznie pozytywnego. Bo przecież przywiązanie do Barcelony pierwiastek melodramatycznej miłości ̶ bezkrytycznej i wyidealizowanej  ̶  bez wątpienia wstrzykuje. I jak ktoś już przede mną powiedział  ̶  Barça to taka nieuzbrojona armia Katalonii. Coś w tym jest. Mógłbym mielić językiem w nieskończoność o legendach powszechnie znanych większości, którzy trwają przy Barcelonie. Czemu Jordi Cruyff nosi właśnie takie imię, a nie inne; wypowiedź jego ojca: „…Nie mógłbym grać w klubie otwarcie wspierającym faszyzm…”; incydent z senyerą w hotelowym pokoju, zajmowanym przez Stoiczkowa; mityczna antypatia Franco do Barcelony; prześladowania, bombardowanie klubowych budynków, zmiana herbu, flagi, finał pucharu Hiszpanii z 1943 toku... Tyle tylko, że pewna część tych opowiadań, z biegiem lat i przekazywana z ust do ust, jak to mają w zwyczaju legendy, nabrała wymiaru nie do końca oddającego rzeczywistość.

Czemu? Chociażby dlatego, że Franco, wbrew temu co się mówi w barcelońskich kręgach, nie był ani zajadłym zwolennikiem Realu, ani przeciwnikiem Barcelony. W ogóle nie był zagorzałym kibicem piłkarskim. Jeśli już mówić w jego przypadku o przywiązaniu, to w młodych latach bliżej mu było do odwiecznego rywala Los Blancos ̶ Atlético. Real stał się kwestią priorytetową dopiero w latach 50-tych, na kanwie jego ówczesnych sukcesów oraz popularności, które dawały możliwość wykorzystywania madryckiej drużyny w charakterze tuby propagandowej. Przypominam, o czym należy pamiętać by prawdę historyczną utrzymywać w mocy: Barca, jako ta nieskalana królowa, także posiadała w swoich zagonach zwolenników faszyzmu. Zarówno Josep Samitier, jak i Ricardo Zamora otwarcie popierali nacjonalistów. Na ten temat także mógłbym prowadzić nieskoczenie długi dyskurs. Jednak zdecydowanie lepiej ode mnie zrobił to Alfredo Relaño w książce Wrogowie, którzy nie mogą bez siebie żyć. Bez ogródek demaskuje krążące i mające niewiele wspólnego z prawdą opowieści z mchu i paproci, dotyczące walki obu klubów. Książkę tę gorąco polecam tym, którzy jeszcze jej nie czytali. Zgadzam się z Rafałem Stecem, który opatrzył ją posłowiem, że jest to jedna z najlepszych pozycji okołopiłkarskich wydanych w Polsce. Nie ma więc potrzeby bym fakty tam zawarte przelewał tutaj. Zakończę wątek również nie swoimi słowami  ̶  najlepsza rzecz jakiej oba kluby dokonały, to wyeksportowały swoją nienawiść w świat.

* * *

Staram się zachowywać zdrowe podejście do kwestii barcelońsko-madryckiej wojny. Nie dopuszczam, aby ktoś robił mi sieczkę z mózgu, tylko dlatego, że to się dobrze sprzedaje. Nie zamierzam brać udziału w obustronnym okładaniu się inwektywami. Miał Real swoje czarne charaktery, miała je i Barcelona. Ale oba kluby, cokolwiek by się nie mówiło, niewiele dzieli, a więcej łączy. Oba to wielkie konglomeraty futbolowe, walczące bezpardonowo o swoje. Mecze z Realem to wielkie sportowe wydarzenie i kumulacja piłkarskich emocji. Ale nie widzę powodu, by doprawiać je dodatkowo nienawiścią. Często zdarza mi się oglądać El Clásico w towarzystwie osób kibicujących madrytczykom. Czemu i za co mam ich nie lubić? Chętnie wychylę browarka, wzniosę toast doskonałą rioją z kibicem z Madrytu, opierając o barek żarliwą dyskusję na tematy kopane. Nie widzę powodu, by nienawidzić go tylko za to, że kibicuje Realowi. Przez dziewięćdziesiąt minut jesteśmy rywalami, nie wrogami, ale przed i po meczu jestem gotów upodlić się z nim w najbliższym z barów. Tylko głupiec, nie potrafiący docenić piękna futbolu, może powiedzieć, że Real to słaba drużyna.

Autor: Grzegorz Załubski vel. Wilk

Udostępnij:

Komentarze (43)

Gorące tematy